W środę, 27 sierpnia, rozpoczęła się oficjalna kampania do tegorocznych wyborów samorządowych, a do urn pójdziemy (bądź też nie) 16 listopada.

I na tym można by w zasadzie ten felieton zakończyć. No bo czymże tegoroczne wybory różnić się będą od poprzednich? Głosować na lokalnych rajców będziemy przecież już po raz siódmy – odpada więc urok świeżości – a dokładając do tego rozczarowania związane z dokonanymi przez nas wcześniej nietrafionymi wyborami spodziewać się można  raczej umiarkowanego zainteresowania, a co za tym idzie –  marnej frekwencji. Spora część wyborców straciła w czasie….

minionych 25 lat wiarę w podstawowy kanon demokracji, że to nasz głos  decyduje o tym, jaki kształt polityki realizowany będzie przez najbliższe cztery lata. I trudno się temu dziwić, bo przecież politycy wszystkich szczebli bardzo się o tę utratę wiary starali. Czy jest zatem szansa aby ją przywrócić?

Według mnie tak.  Jednomandatowe Okręgi Wyborcze stwarzają dużo większe szanse na wybór innych radnych jak to wcześniej bywało.

Innych to znaczy jakich?

Ano przede wszystkim takich, którzy mandat radnego zdobywają nie dzięki komitetom tworzonym bądź popieranym  przez partie polityczne, a zakładanym np. przez lokalne stowarzyszenia, rady osiedlowe, rady sołeckie, grupy mieszkańców  itp…  W poprzednich latach wybory wielomandatowe premiowały  mocne ugrupowania polityczne. Na sporządzanych przez nie listach wyborczych oprócz silnego lidera przeważali często kandydaci dobierani według zasady, że mniej ważne są kwalifikacje, doświadczenie czy też dokonania na rzecz lokalnej społeczności. Najważniejsze było kryterium kompletnych list oraz zasada,  że kandydat może być „mierny byle był wierny”. Niestety, w ciągu minionych lat,  wielu takich radnych w salach  posiedzeń zasiadało.

Naiwną  byłaby wiara, że nowe zasady nas przed takimi błędnymi wyborami całkowicie zabezpieczą, ale dają na to szansę. I warto z niej skorzystać, bo moim zdaniem, radny bez legitymacji partyjnej będzie nasze interesy reprezentował znacznie lepiej i skuteczniej od tego, który swój głos będzie musiał uzgadniać nie tylko z wyborcami czy z własnym sumieniem, ale też z partią, dzięki której mandat uzyskał. A doświadczenie powinno nas nauczyć, że interes partii (jej szyld nie ma tu znaczenia) nie zawsze jest zbieżny z oczekiwaniami wyborców. Opinia publiczna (a więc wyborcy) często nie postrzega radnych jako samodzielne osoby, lecz jako przedstawicieli partii i to na nią przerzuca odpowiedzialność za decyzje podejmowane przez radnych. Minusów jest sporo więcej. Kluby radnych zakładane według klucza partyjnego transmitują na najniższy szczebel samorządności spory, kłótnie i karczemne czasami awantury, które są szarą codziennością na ul. Wiejskiej. Wszak przykład idzie z góry.

Nie bez znaczenia jest też fakt, że część spośród wybranych według klucza partyjnego radnych, traktuje swoją gminną kadencję przede wszystkim jako pierwszy szczebel do partyjnej, czyli politycznej  kariery. A to wymaga czasu i wysiłków nie często zbieżnych z funkcją radnego. Tak było z posłanką Magdaleną Kochan, z marszałkiem Olgierdem Geblewiczem, a w obecnej kadencji usilnie stara ich się naśladować radny Łukasz Mituła.

Zatem dla tych i wielu jeszcze tu nie przytoczonych powodów, warto skorzystać z szansy jaką dają JOW i poszukać kandydatów, dla których   pojęcie „dyscypliny głosowania” będzie abstraktem, bo głosując będą pamiętali o tym, że reprezentują nie jakąś opcję polityczną, a własne sumienie i wyborców, którzy dali mu swój mandat zaufania. A to zobowiązuje…

Wiele spośród tych osób zniechęconych do polityki i polityków usunęło się na bok. Przekonajmy ich, że raz jeszcze warto spróbować. Zachęćmy ich do odwagi kandydowania, a my sami, miejmy odwagę świadomego wyboru. 

A tych wszystkich, których mój wywód dotyczący przewagi radnego bezpartyjnego nad radnym z legitymacją nie przekonał, niech skłoni do refleksji fragment wywiadu, który w 1982 roku udzielił Teresie Torańskiej przedwojenny i powojenny komunista, późniejszy sympatyk KOR-u i „Solidarności” – Stefan Staszewski.

„Wobec własnej partii każdy jej członek jest człowiekiem absolutnie tchórzliwym. On się partii boi (…) Dochodzi też inny element – zwyczajnej chęci życia wygodnie. Nie myślę tylko o korzyściach materialnych, które posiada każdy stykający się z warstwą rządzącą, ale przede wszystkim o korzyściach moralnych, polegających na tym, że wydarzenia czy opinie, które mogłyby wnieść konflikt w moje sumienie, spowodować jego wewnętrzne rozdarcie, zostają przeniesione zgoła na inną płaszczyznę, znajdującą się na zewnątrz mnie. Ja nie mam konfliktów wewnętrznych, rozumie pani, ja ich nie mam, bo mam zaufanie do partii, wykonuję jej dyrektywy, dobre, złe, słuszne, niesłuszne(…). Ta wiara członka partii(…) wyrosła z postanowienia, że najlepiej będzie dla mnie, dla niego, gdy odpowiedzialność za wszystko co się dzieje ze mną czy z innymi, przeniosę na kogoś innego, na partię, a więc na jakiś abstrakt”.

(Teresa Torańska „Oni” W-wa 1990)

[jp]